Co się stanie, kiedy zostaniesz wyrwany z własnego bagna i przeniesiesz się w nowe miejsce..? Nowe miejsce, które zmieni Twoje życie na zawsze, bo wyśle Cię tam, skąd możesz nie wrócić żywy i to z człowiekiem.... nie... Nie człowiekiem.Osobą, której przyszłość, jest równa twojej? Jak to jest, gdy dobrowolnie rzucisz się śmierci w ramiona? Ile trzeba, aby ocalić to, co się kocha? Ja tego nie wiem, to wszystko dopiero przede mną.
wtorek, 30 czerwca 2015
środa, 10 czerwca 2015
Międzyczasy #3
Tak, tak, wiem, rozdziału nie ma od dawna, ale naprawdę nie mam kiedy go napisać ;_; i chyba zmniejszę częstotliwość prawidłowego wrzucania do jednego na tydzień, bo i tak się nie wyrabiam 2 razy :( Teraz jeszcze byłam na Lednicy, koniec roku i wgl... Ale wakacje za pasem więc więcej czasu będzie ;) A tutaj macie nutkę, która chodzi za mną od dawna i (o dziwo) jeszcze mi się nie znudziła..; <3
czwartek, 4 czerwca 2015
Rozdział 9
,,Weszłam do środka i ze spuszczoną głową ruszyłam do sali chemicznej, trzeba było przejść pod tymi badawczymi, oceniającymi spojrzeniami. Brrr… Okropność. Kiedy dotarłam do celu, wydało mi się, że mogę odetchnąć z ulgą. Nie było mi to jednak dane, bo w tej samej chwili poczułam czyjeś ręce na mojej talii."
Ziemia
momentalnie uciekła mi spod nóg i po chwili wisiałam bezwładnie na ramieniu
Kamila. Waliłam go pięściami po plecach, ale nawet nie zareagował.
-Kamil
Cwelu! Idioto, postaw mnie, ty Zjebie!- Nic. W końcu stwierdziłam, że ucieknę
się do bardziej drastycznych środków. Dyndając głową w dół połaskotałam go pod
żebrami. Ani zipnął, w ułamku sekundy nogi się pod nim ugięły i wylądował na
ziemi z głośnym łupnięciem, a ja na nim, zgodnie z prawami fizyki. Śmialiśmy
się jak opętani, on już całkowicie bez tchu, bo wydusiłam z niego całe
powietrze. Zepchnął mnie w końcu na podłogę, podniósł się i z uśmiechem
wyciągnął do mnie rękę.
-Miłe
powitanie- Fuknęłam wstając o własnych siłach.
-Z
pewnością nikt cię już nie zignoruje-Stwierdził z dumą. Otrzepałam się i
poszłam w stronę klasy. A krok w krok za mną, kto? Kamil.
-Przynajmniej
miałaś wielkie wejście- Upierał się z nutką przekory. Słysząc te słowa
prychnęłam starając się powstrzymać uśmiech.
Siedziałam w ławce opierając się ramieniem
o ścianę i usiłowałam skupić się na słowach nauczyciela. Jednak w mojej starej
szkole temat Prehistorii był tak oklepany, że znałam go na pamięć. Po chwili
moją uwagę zwrócił Kamil, który z niebywałym zainteresowaniem ganiał długopisem
mrówkę chodzącą po blacie. Uśmiechnęłam się pod nosem i przesunęłam piórnik,
aby miał większe pole manewru. Nie chciałam zwracać na siebie zbytniej uwagi,
więc przesunęłam wzrok gdzieś w okolice tablicy.
-Jak
wiecie, nie lubię lekcji organizacyjnych, dlatego dzisiaj mieliśmy normalny
temat-Mówił nauczyciel-Dobiorę was w pary i na piątek wykonacie referat.
No
super… Znowu będę musiała być z kimś, kogo absolutnie nie znam… Rozwinęłam
karteczkę podsuniętą przez historyka. Laura… Hmm… Rozejrzałam się i zauważyłam
jak jedna z dziewczyn marszczy czoło przyglądając się swojemu losowi.
Genialnie, typowa lalusia… Nagle Kamil zabrał mi karteczkę i bez chwili
zastanowienia podszedł do owej dziewczyny. Zaczął jej coś gorliwie tłumaczyć
gwałtownie gestykulując rękoma. To samo zrobił z jakimś przystojnym blondynem,
po czym wrócił do ławki.
-Jesteśmy
razem w parze- Oświadczył z uśmiechem. Uniosłam jedną brew
-A może
ja chciałam być z kimś innym?- Pokazałam ręką na klasę. Mina mu zrzedła, a ja
nie byłam w stanie zachowywać kamiennej maski i wybuchnę łam śmiechem.
-Jasne,
że nie chciałam!- Zawołałam dając mu sójkę w bok-Jesteś jedyną osobą, jaką
znam…- Mrugnęłam- A nauczyciel nie ma nic przeciwko?
Chłopak
zbył sprawę lekceważącym machnięciem ręki- On nie zwraca uwagi na to, co ja
robię- Wyjaśnił, a ja powoli pokiwałam głową ze zrozumieniem.
Po dzwonku wszyscy wysypali się z klasy jak na
wyścigi. Tylko my poczekaliśmy i wyszliśmy tuż za nauczycielem chcąc uniknąć
tłoku.
- Mamy
tydzień , kiedy zacz… - Zaczął Kamil , ale urwał patrząc na zbliżającą się do
nas grupkę barczystych chłopaków. Coś mi się wydawało , że byli z drużyny
futbolowej … Dwóch stanęło po bokach , a trzeci podszedł do Kamila
- Dawaj
hajs , Skurwielu – Warknął , bez patyczkowania się . Chłopak przełknął ślinę i
usiłując zachować spokój , odparł drżącym głosem – Nie mam … - Zaraz po tych
słowach , dostał tak w żebra , że zgiął się w pół .
- Jak to
nie masz ?! – „Sportowiec ’’ popchnął Kamila na ścianę , a kiedy ten wylądował
na podłodze nie mogąc utrzymać równowagi kopnął go w brzuch.
-Módl
się , żebyś jutro miał ! – Splunął jeszcze i odszedł ze swoimi kumplami. Do
teraz unieruchomiona przed dwóch mięśniaków , uklęknęłam przy chłopaku i
pomogła mu wstać .
-Żyjesz?
– Zapytałam otrzepując go z piasku.
- Nie
jestem pewien … - Odparł próbując złapać oddech.
- Ci
idioci zawsze tak robią ? – Upewniłam się .
-
Zazwyczaj – Jęknął cicho – I nie tylko mi …
Po
następnej lekcji wymknęłam się szybko z klasy i wybiegłam na boisko. Poprawiłam
włosy i skierowałam się w stronę znajomych mięśniaków , których wypatrzyłam
chwilę wcześniej . Starałam się wyglądać jak najładniej , nigdy mi to nie
wychodziło , ale cóż … W tym przypadku wystarczyło . Podeszłam do najbardziej
napakowanego , tego który wcześniej nas zaczepił . Robiąc słodkie oczka
zaszczebiotałam:
- Wiesz
co , to co zrobiłeś na tamtej przerwie ,
było takie … męskie …- Jednocześnie palcem pokazałam mu , że ma się do mnie
nachylić . Nadstawił policzek , najwyraźniej w oczekiwaniu na całusa , ja
jednak zamachałam się i z całej siły go uderzyłam , aż zaświszczało.
-To za
Kamila –Stwierdziłam zimnym głosem – a to za innych – Chlasnęłam go drugi raz i
odeszłam . Za sobą słyszałam ciche szepty , ale nad nie wszystkie wybił się
jeden:
-Niezła
jest…
Uff, z lekkim poślizgiem, ale mamy 9 ;) Następny dopiero w środę, bo na niedzielę nie mam kiedy napisać... ;(
niedziela, 31 maja 2015
Rozdział 8
,,-Nie ma za co-Odparł z uśmiechem-A tak w ogóle to Kamil jestem.
-Zuza-Darowałam sobie komentarz o innym imieniu i powoli ruszyłam do wyjścia. Cóż, nie zapowiadało się na to, żebym szła sama…
-Przeprowadziłaś się tutaj niedawno, co nie?- Hm… Na zbytnią ciszę też nie mogłam liczyć"
-Tak
jakby…- Mruknęłam niechętnie, otwierając drzwi. Nie chodziło mi o to, że nie
chciałam z nim gadać, tylko bałam się, że zaraz wykręci mi jakiś numer.
Przyspieszyłam kroku, ale chłopak chyba nie miał zamiaru odpuszczać.
-Gdzie
mieszkasz? – Pytał dalej niezrażony oschłym tonem moich wypowiedzi. Machnęłam
ręką, w jako-tako odpowiednim kierunku.
-Mam
trochę w przeciwnym kierunku, ale z przyjemnością cię odprowadzę.-Stwierdził
chłopak z szerokim uśmiechem i ruszył do przodu. Koniec końców podreptałam za
nim, bo czy miałam inny wybór? W sumie, to całkiem sympatyczny z niego gość…
-A, co w
tym przyjemnego?- Zapytałam. Spojrzał na mnie dziwnie, ale po chwili jego oczy
błysnęły zrozumieniem.
-Jesteś
inna, niż reszta dziewczyn… Taka… Normalniejsza!- Roześmiał się cicho.
-No
dzięki!- Zawołałam z udawanym oburzeniem-A one, co, nienormalne!?
-Plastikowe-
Stwierdził ze śmiertelną powagą. Tym razem, to ja nie mogłam wytrzymać ze
śmiechu. Pół godziny przegadaliśmy o wszystkim i o niczym. Nim się obejrzałam,
staliśmy pod bramą mojego domu.
-A tak w
ogóle, podasz mi plan lekcji? Też jesteś w Ia, nie? -Poprosił na koniec.
-Spoko,
nie ma sprawy… A dlaczego cię nie było jak nauczycielka rozdawała?- Zapytałam
wyciągając zeszyt z torby.
-Czasami…
Chodzę własnymi drogami…- Chłopak uśmiechnął się zawadiacko.
-Nie
będę wnikać… Stwierdziłam robiąc zdjęcie rozkładowi.
Pomachałam na pożegnanie przez ogród i
zamknęłam drzwi. Z ulgą rzuciłam buty gdzieś w kąt i zajrzałam do kuchni.
Rodziców nie było tak, jak rano zapowiedzieli, ale na stole leżała kartka.
,,Żeberka w
lodówce, wrócimy w nocy, Mama”
Nie byłam głodna, ale sprawdziłam dla pewności
i zawlekłam swój tyłek na górę. Zahaczyłam tylko o mój pokój, aby zmienić
sukienkę na luźne dresy i rozstawiłam drabinę. Maciej pewnie siedział na
strychu, bo w pokoju nie było po nim śladu. Odrzuciłam go studiującego
dziennik, który poprzedniego dnia zostawiłam otwarty.
- I co,
wymyśliłeś coś?- Zapytałam siadając obok.
-Nic,
westchnął chłopak spoglądając na mnie smutno. –A jak w szkole?
-Ujdzie-
Stwierdziłam- Prawie nikt się mną nie zainteresował, tylko jakiś Kamil, ale
wydaje się być spoko…
-No
widzisz- Uśmiechnął się Maciej- I po co ci było się tak stresować?
-Cichaj
tam- ofuknęłam go z rozbawieniem-Jutro też jest szkoła… I to już bez biletu
ulgowego…
Byłam w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Nie
widziałam nawet własnego nosa, dopiero gdy mój wzrok przyzwyczaił się do mroku,
zobaczyłam mały, jasny kwadracik. Ruszyłam w jego stronę szybkim krokiem.
Podłoże ciamkało mi pod trampkami, gdy przyspieszałam. Robiło się coraz
jaśniej, a ja zaczęłam biec, czując lęk, jakby coś mnie goniło. Nagle
zrozumiałam, że ów kwadracik to tak naprawdę drzwi, a lepka maź w którą z
każdym krokiem zapadam się coraz bardziej to krew. Moje przerażenie sięgnęło
zenitu, gdy wpadłam po pas w błotnistą ciecz. Zabulgotało, zasyczało i wszędzie
zaczęły się pojawiać różne postacie. Wszyscy znajomi-rodzina, sąsiedzi, nauczycieli- w wersji zombistycznej* zbliżali się do mnie powoli. Gdzieś po lewej stronie powstało zamieszanie.
Maciej i Kamil przedzierali się przez tłum zakrwawionych trupów. Już prawie
udało mi się złapać ich wyciągnięte doi mnie ręce, gdy czerwona maź pochłonęła
mnie całkowicie.
Obudziłam się zlana potem. W mroku majaczyły sylwetki mebli i różnych
przedmiotów. Usiadłam w pościeli i zapaliłam lampkę nocną. Zegar ścienny
wskazywał trzecią w nocy. Rozejrzałam
się po pokoju i napotkałam
spojrzenie Maćka
- Co
jest? – zapytał zaspanym głosem .
-Nic..
Ja… Myślisz, że koszmary się spełniają?
Chłopak
sapnął ze zdumieniem i momentalnie się wyprostował.
-Co ci
się śniło?
Opisałam
jak najdokładniej wizję sprzed chwili. Milczał przez chwilę i powiedział cicho:
-Wiesz
co mi to przypomniało?
Spojrzałam
na niego pytająco.
-Te
słowa z… ciemności… tego… niebytu. Pamiętasz?
-Gdy
widmo wojny… - Pokiwałam głową.
-Tak się
zajęliśmy tamtą przepowiednią, że zapomnieliśmy o tej – zauważył chłopak.
-Czekaj,
czekaj… Przyjmując, że… martwi zaczną zmartwychwstawać przed wojną… to… O Boże!
–otworzyłam oczy z przerażeniem. Mój
świat się właśnie zawalił. W dzieciństwie bardzo się tego bałam… Teraz ujawniły
się moje najskrytsze lęki… Coś czego bałam się przez całe życie, właśnie
nadchodziło, nie mogłam nic z tym zrobić. Miałam wrażenie, że zaraz pobiegnę
przez ulicę do rodziców. Moje emocje chyba nieźle widać na zewnątrz, bo Maciej
popatrzył na mnie ze współczuciem .
-Zareagowałem
podobnie…- powiedział cicho- Ale może jeszcze dużo czasu minąć… -dodał nieco
weselej
-Może… -
powtórzyłam tępo.
-Idź
spać, bo jutro nie wstaniesz… Pamiętaj, że jutro masz szkołę!
-I tak
nie zasnę – stwierdziłam, ale wyłączyłam lampkę. Mimo złych przeczuć odpłynęłam przy pierwszym
przyłożeniu głowy do poduszki.
-Kochanie
wstawaj… - udało mi się otworzyć oczy i zobaczyłam mamę podnoszącą rolety na
oknie. Uśmiechnęła się do mnie:
-Śniadanie
na stole- powiedziała i wyszła z pokoju ostrożnie zamykając drzwi. Opadłam z
powrotem na poduszki i spojrzałam w górę, prosto na Maćka.
-Nie
chce iść… - stwierdziłam cicho.
- Ale
musisz – odparł z uśmiechem, delikatnie stając na podłodze
-Masz
rację – potwierdziłam odrzucając energicznie kołdrę i wyskoczyłam z łóżka.
Dobrze, że poprzedniego dnia odsunęłam kartony pod ścianę, bo miałabym bliskie
spotkanie trzeciego stopnia z drewnianą podłogą.
-Magicznym
sposobem przywróciłeś mi humor
wymawiając dwa słowa! –rzuciłam wychodząc do łazienki z ubraniami w ręce.
-Wzięłaś
kanapki? –z kuchni dobiegł mnie głos mamy
-Tak! –
odkrzyknęłam w głąb domu i wyszłam na
dwór. Było nawet ciepło, całe szczęście, bo miałam tylko bluzę, a nie kurtkę.
Przy furtce odwróciłam się jeszcze i spojrzałam w górę, dłonią osłaniając oczy
przed słońcem. W okienku na strychu dostrzegłam zarys postaci, pomachałam, a
gdy mi odmachała, otworzyłam furtkę.
Ciekawe dlaczego nie chciał iść ze mną… Może się boi, że ktoś go zobaczy… Albo
nie chce wiedzieć, jak zmienił się ten świat…? Pogrążona w rozmyślaniach
dotarłam do szkoły, przy wejściu znów ogarnął mnie strach… Przed czym? Chyba
przed ludźmi… Wzięłam głęboki oddech i popchnęłam ciężkie skrzydło. Gdy się
uchyliło uderzyła we mnie symfonia dźwięków ze szkolnego korytarza. Wrzaski,
śmiechy, rozmowy… Inny świat. Weszłam do środka i ze spuszczoną głową ruszyłam
do sali chemicznej, trzeba było przejść pod tymi badawczymi, oceniającymi
spojrzeniami. Brrr… Okropność. Kiedy dotarłam do celu, wydało mi się, że mogę
odetchnąć z ulgą. Nie było mi to jednak dane, bo w tej samej chwili poczułam
czyjeś ręce na mojej talii.
Puf! No to mamy rozdział, trochę dłuższy, bo wcześniej nie było :) Julcia, dzięki za komputer :* Żaba, wstydź się... Kontynuacja prawdopodobnie w środę :3
*Nie ma takiego słowa
środa, 27 maja 2015
Międzyczasy #2
Niestety, Żaba nie zgodziła się przepisać rozdziału, a ja nie mam dostępu d komputera, bo mama krzyczy, że mam się uczyć -,- Ale za to, macie tutaj coś innego, nie mojego, tak, żebyście wiedzieli, że żyje i nie umarłam. Będę takie cosie wstawiać zamiast rozdziałów, gdy nie uda mi się ich wrzucić, lub tak po prostu, w takim przypadku w piątki albo wtorki. Różne rzeczy: wiersze, piosenki, ciekawostki, jakoś związane z tematyką opowiadania :)
,,Najmłodszym żołnierzom"
Chłopcze... chłopczyku, ile miałeś lat,
Kiedy z harcerza stałeś się żołnierzem?
Czyś na Starówce, czy na Woli padł,
Szarych Szeregów szary bohaterze?
Widzę cię - biegniesz, podtrzymując hełm,
Pod którym niknie śmiesznie mała głowa...
Słyszę, jak w biegu wołasz jednym tchem:
„Meldunek mam, meldunek z Mokotowa!"
Oddałeś Polsce swe dwanaście lat,
Tobie historia dodała wieki -
Cień dawnych powstań na murach się kładł,
Gdyś krył się w gruzach, pełzał przez zasieki.
Tadeusz Szyma
niedziela, 24 maja 2015
Rozdział 7
,,Szczególnie zwróciła moją uwagę jedna ze
stron, która była grubsza, niż pozostałe. Wzięłam cieniutką deseczkę, prawie, że
grubości linijki, która leżała gdzieś w kącie, i rozdwoiłam róg papieru.
Rozłożyła się na dwie dodatkowe kartki na których było napisanie tylko jedno,
znajome zdanie."
,,Martwi wojownicy powrócą pod żywych chorągwie"
,,Martwi wojownicy powrócą pod żywych chorągwie"
Westchnęłam
z irytacją i zatrzasnęłam książkę z siłą, od której uniosły się kłębki
kurzu. -Ale
dużo to wyjaśniło… – Westchnęłam zawiedziona
-Skoro tak często się powtarza, to chyba musi mieć jakieś głębsze
znaczenie, nie sądzisz? – Zauważył Maciej ze stoickim spokojem.
-Może masz racje… - Odparłam cicho patrząc w górę starając się
opanować. - Skoro
chcemy wyjaśnienia, musimy je sobie
„wziąć ” , nikt nam go nie podetknie pod nos .- Chłopak snuł dalej swoje
rozważania . Chcąc nie chcąc musiałam mu przyznać racje. Sięgnęłam po dziennik
który wcześniej odłożyłam na podłogę. I otworzyłam na stronie z Przepowiednią
Tęgoborską. Szperając po zakamarkach własnej pamięci, starałam przypomnieć
sobie co mówiła o niej nauczycielka. Nic, totalna pustka.
-
Pamiętaj tylko, że spełniła się tylko kilka pierwszych zwrotek . – Jęknęłam –
Ale..! Internet też potrafi być pomocny – Przypomniałam sobie wyciągając
telefon. Dobrze, że poprzedniej nocy udała mi się podłączyć router. Szybko
wystukałam pytanie i pobieżnie przejrzałam
wyniki. Kliknęłam w najbardziej sensownie wyglądający link, ale nawet
tam nie było nic ciekawego. Dopiero komę tarze mnie zaciekawiły. -
Do piątej zwrotki jest mowa o dwóch wojnach światowych. A potem…. Hmm… „Północ
wschodem będzie zagrożona „. Putin od dawna już coś kombinuje, ale żeby aż
tak…?
- Kto to jest? – Zapytał chłopak patrząc przez ramie na ekran telefonu.
- Teraźniejszy prezydent
Rosji .- Wyjaśniłam.- Wyszukałam mapę Europy i mu ją pokazałam. - Przyjrzyj
się. Sama wróciłam do papierowej wersji wiersza. Bez skutku. –Pożyjemy,
zobaczymy stwierdziłam zamykając książkę, tym razem już delikatniej. – Nie
umiem tego ogarnąć. Może później…- Ziewnęłam
-Może lepiej idź spać - Odparł Maciej z lekkim rozbawieniem. -Racja…
Branoc – Stwierdziłam i z zaskoczeniem spojrzałam w ciemności za oknem. Było
już chyba po północy, jakim cudem ? Zeszłam na dół i padłam na łóżko jak nie
przytomna .
-Masz
szczęście, że nie zamierzam się dzisiaj przebierać … - Mruknęłam ledwo
przytomna do lewitującego dwa metry dalej chłopaka i odpłynęłam do krainy
Morfeusza.
Obudziło mnie delikatnie
potrząsanie za ramię. Otworzyłam oczy i oślepiła mnie jasność zza okna. Kiedy
już się do niej przyzwyczaiłam zobaczyłam moją uśmiechniętą mamę.
-Wstawaj kocie zaraz obiad. Co ty tak długo robiłaś, że jeszcze śpisz ?
-Wyszła z pokoju a ja spojrzałam na zegarek i osłupiałam. Była prawie druga po
południe, mój nowy rekord! Zapach
kotletów wywabił mnie z łóżka. Z pół zamkniętymi oczami wylazłam z pod kołdry i
wpadłam prosto w kartony z ubraniami. Nawet nie chciała mi się ich podnosić.
Spojrzałam w górę i zobaczyłam Macieja lewitującego w pozycji leżącej pod
sufitem. -Wstawaj Parufko jak można tyle spać ? -Łatwo ci mówić ty nie jesteś
tak cholernie zmęczony… Chociaż w sumie zarywanie nocek nigdy mi nie szkodziło…
- Zamyśliłam się. Udało mi się w końcu stanąć na własne nogi, zgarniając przy
okazji pierwsze lepsze ubrania z ziemii. Już położyłam rękę na klamce, ale w
ostatniej chwili jeszcze się odwróciłam . - Biada jeśli chociaż pomyślisz o
wejściu do łazienki !- Warknęłam patrząc groźnie na chłopaka. Z kpiącym
śmiechem uniósł ręce w obronnym geście.
-Nawet nie miałem takiego
zamiaru…
Rzuciłam mu mordercze spojrzenie i wyszłam z pokoju. Myjąc zęby
uświadomiłam sobie coś okropnego… Pojutrze zaczyna się rok szkolny w nowym
mieście…
-Pamiętaj, zachowuj się i bądź grzeczna!- Powtórzył po raz
setny mój tata, gdy wysiadałam z samochodu.
-Dobra, dam sobie radę!- Zawołałam – Nie wysadzę szkoły w
rozpoczęcie roku szkolnego-Mruknęłam do siebie. Stojąc przed dużymi,
dwuskrzydłowymi wrotami, pożałowałam chwili, w której kazałam zostać Maciejowi
w domu. Co, jak co, ale razem byłoby raźniej… Ostrożnie przekroczyłam próg i
rozejrzałam się po hollu. Wszędzie stały małe grupki gimnazjalistów witających
się po wakacjach i porównujących stroje. Przemknęłam pod ścianą, aż do sali
gimnastycznej, w której miała odbyć się uroczystość i zajęłam wyznaczone
miejsce. Na szczęście nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi. Prawie. Podczas
przemówienia dyrektora zdałam sobie sprawę, że ktoś mnie obserwuje. Kilka
rzędów dalej siedział jakiś chłopak z ciemnymi włosami wyglądającymi jakby je
zwiał suszarką w jedną stronę i się na mnie perfidnie gapił. Kiedy na niego
spojrzałam, wytrzymał jeszcze chwilę, po czym się odwrócił. Wyglądał jakby miał
padaczkę, cały się trząsł, a mi dopiero po chwili przyszło do głowy, że on po
prostu powstrzymuje się od wybuchnięcia śmiechem. Oryginalne, nie powiem… Po
całej tej ceremonii, która była, delikatnie mówiąc, lekko przynudna, wszyscy
wysypali się na korytarz, aby chwile jeszcze pogawędzić przed przyjściem
nauczycieli i rozdaniem planów lekcji. Dzięki Bogu, że wcześniej dostałam
papiery z informacjami o rozkładzie klas itd., bo w życiu nie zrozumiałabym,
gdzie mam iść. Nagle poczułam, że moja czapka traci kontakt z głową. Chłopak z
sali właśnie znikał w podskokach gdzieś na końcu korytarza, z baseballówką
ledwo utrzymującą się na roztrzepanych włosach. Nauczona doświadczeniem, już
się z nią pożegnałam i z nieco popsutym humorem stanęłam pod ścianą. Na
szczęście obyło się bez dalszych incydentów i w miarę spokojnie weszliśmy do
klasy. Jakieś dwadzieścia osób rzuciło się, żeby zając swoje ulubione miejsca.
Odczekałam chwilę i wślizgnęłam się na jedno z krzeseł w wolnej ławce. Jak na
razie, jedynym plusem, (ale za to ogromnym), było to, że wychowawczyni darowała
sobie przedstawianie mnie publicznie całej klasie. Szybko rozdała rozkłady
zajęć i rozpoczęła się dyskusja o wakacyjnych wyjazdach. Najwyraźniej wszyscy
się tutaj doskonale znali…
W końcu rozległ się
dzwonek. Chwyciłam torbę i powoli, jako ostatnia wyszłam z klasy. Z odrobinę
ponurym nastrojem skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych
-Zwracam własność- Usłyszałam gdzieś z tyłu i nagle widok
przysłonił mi daszek mojej czapki. Poprawiłam ją szybko, odwróciłam się i
zamarłam. Dwa kroki przede mną stał szeroko uśmiechnięty ,,Chłopak z sali”. Po
raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć mu się z bliska. Nie był tak wysoki, jak
mi się wcześniej zdawało, niewiele większy ode mnie, miał może trochę ponad
metr siedemdziesiąt… I takie miłe, brązowe oczy, aż samoistnie wzbudzały
zaufanie. Trochę speszona spuściłam wzrok i wyjąkałam coś w rodzaju:
-Eee, dzięki…
-Nie ma za co-Odparł z uśmiechem-A tak w ogóle to Kamil
jestem.
-Zuza-Darowałam sobie komentarz o innym imieniu i powoli
ruszyłam do wyjścia. Cóż, nie zapowiadało się na to, żebym szła sama…
-Przeprowadziłaś się tutaj niedawno, co nie?- Hm… Na zbytnią
ciszę też nie mogłam liczyć
Da-dam! Mamy 6 rozdział <3 Szczególne dziękuję Ci Żaba, za przepisanie go dla mnie z zeszytu na komputer <3 Cała kochana reszta: proście Żabę, żeby zgodziła się to samo zrobić z następnym, bo już mam połowę,ale w zeszycie :P Jeśli będzie łaskawa przepisać, to kontynuacja pojawi się w środę :*
środa, 20 maja 2015
Rozdział 6
,,Usiadłam
na ziemi i wzięłam książkę do ręki. Maciej uklęknął obok, popatrzyłam na niego
i skinęłam głową. Wzięłam głęboki oddech i odchyliłam okładkę."
Pierwsza strona była pusta, druga, trzecia i czwarta
również. Dopiero kilka ostatnich było zapełnionych pajęczym pismem. Po
przeczytaniu kilku wersów zmarszczyłam brwi, wydawały mi się dziwnie znajome:
W
dwa lat dziesiątki nastaną te pory,
Gdy
z nieba ogień wytryśnie.
Spełnią
się wtedy pieśni Wernyhory.
Świat
cały krwią się zachłyśnie.
Polska powstanie ze świata pożogi,
Dwa
orły padną rozbite,
Lecz
długo jeszcze los jej jest złowrogi,
Marzenia
ciągle niezdobyte.
Gdy
w lat trzydzieści we łzach i rozterce
Trwać
będą cierpienia ludu,
Na
koniec przyjdzie jedno wielkie serce
I
samo dokona cudu.
Gdy
czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła
rozłoży złowieszcze -
Dwa
padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła
przed prawem jest jeszcze.
Lecz
czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
Gdy
oczy na wschód obróci,
Krzyżackie
szerząc obyczaje,
Ze
złamanym skrzydłem powróci.
Krzyż splugawi razem z młotem padnie.
Zaborcom
nic nie zostanie.
Mazurska
ziemia Polsce znów przypadnie,
A w
Gdańsku port nasz powstanie.
W
ciężkich zmaganiach z butą Teutona
Świat
znowu krwią się zrumieni.
Gdy
północ wschodem będzie zagrożona,
W
poczwórną jedność się zmieni.
Lecz
na zachodzie nikczemnie zdradzony
Przez
swego wyzwoleńca
Złączon
z kogutem dla lewka obrony
Na
tron wprowadzi młodzieńca.
Złamana
siła mącicieli świata
Tym
razem na wieków wieki
Wyciągnie
ręce brat do swego brata,
Wróg
w kraj odejdzie daleki.
U
wschodu słońca młot będzie złamany,
Pożarem
step jest objęty.
Gdy
orzeł z młotem zajmą cudze łany
Nad
rzeką w pień jest wycięty.
Bitna
Białoruś, bujne Zaporoże
Pod
polskie dążą sztandary.
Sięga
nasz orzeł aż po Czarne Morze,
Wracając
na szlak swój prastary.
Witebsk,
Odessa, Kijów i Czerkasy -
To
Europy bastiony,
A
barbarzyńca aż po wieczne czasy
Do
Azji ujdzie strwożony.
Warszawa
środkiem ustali się świata,
Lecz
Polski trzy są stolice.
Dalekie
błota porzuci Azjata,
A
smok odnowi swe lice.
Niedźwiedź
upadnie po drugiej wyprawie,
Dunaj
w przepychu znów tonie,
A
kiedy pokój nastąpi w Warszawie,
Trzech
królów napoi w nim konie.
Trzy
rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi
z Krakowa,
Cztery
na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi
złożą słowa.
Węgier
z Polakiem, gdy połączą dłonie,
Trzy
kraje razem z Rumunią
Przy
majestatu polskiego tronie
Wieczną
połączą się unią.
A
krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki,
Choć
wiary swojej nie zmieni -
Polskę
potężnej uprosi opieki
I
wierny będzie tej ziemi.
Powstanie
Polska od morza do morza.
Czekajcie
na to pół wieku.
Chronić
nas będzie zawsze łaska Boża,
Więc
cierp i módl się człowieku.
Olśniło mnie, przecież to Przepowiednia z Tęgoborza! Kiedyś
na lekcji, polonistka czytała nam to, jako ciekawostkę. Nawet gdzieś w domu,
mieliśmy jej interpretację. Zerwałam się na nogi i pobiegłam do klapy w
podłodze.
-Poczekaj chwilę!- Rzuciłam tylko do chłopaka i zeskoczyłam
na dół. Chyba chciał zaprotestować, ale już mnie nie było.
Z łomotem zbiegłam po schodach, minęłam rodziców, złapałam
kluczyki i ruszyłam do samochodu, w którym nadal tkwiły nierozpakowanie bagaże.
Przekopałam się przez warstwę ubrań i otworzyłam pudło z książkami rodziców.
Poradniki, słowniki, romanse, same nudy… o, jest! Szybko przekartkowałam do miejsca, w którym
powinno być o przepowiedni i… zatkało mnie. Strona była pusta. Nie było nawet
śladu po tuszu drukarskim, który wcześniej się tam znajdował. Patrzyłam na nią
z niedowierzaniem i głupią nadzieją, że coś mi się przywidziało. Podniosłam
głowę i zobaczyłam Macieja stojącego o krok przede mną. Wrzasnęłam odruchowo,
ale szybko zatkałam usta dłonią.
-Nie strasz mnie tak więcej!
Chłopak zrobił skruszoną minę, ale wiedziałam, że jest
poniekąd zadowolony z siebie.
-A mniejsza z tym, patrz, co się stało z książką…- dodałam.
-A nie pamiętasz nic, co było w niej napisane?-Zapytał
-Noo… Tyle tylko, że… to było wypowiedziane przed 1 wojną
światową i… kilka pierwszych zwrotek się spełniło…- zamyśliłam się.
-Ta i teraz czas na kolejne… ,, Martwi wojownicy powrócą pod żywych chorągwie”… Patrz. – Rzucił
patrząc przez płot na ulicę. Kilku żołnierzy w mundurach podobnych do Maćkowego przechadzało się po jezdni. Na moich
oczach, przez jednego z nich przejechał samochód, jakby go nie było. Koło
bramki zmaterializował się następny i włączył się do oddziału. Tam i powrotem
jeździły motory, ciężarówki i nikt nie zwracał uwagi na formujące się wojsko.
To były duchy, które widziałam tylko ja. Odwróciłam się i pobiegłam w stronę
domu.
Siedziałam na strychu ze znalezioną książką w ręce i starałam się
zrozumieć przepowiednie.
-Krzyż splugawi, razem z młotem padnie…
Tu chyba chodziło o zakończenie zaborów… - mruczałam pod nosem.
-Wiesz, co mnie ciekawi? –Usłyszałam
gdzieś za sobą głos Macieja.
-Hm?- Odwróciłam się w stronę chłopaka
patrząc na niego pytająco.
-No, bo… skoro ci ludzie… mają walczyć w
obronie kraju… to jak, skoro są duchami?
-Ty też nim jesteś.- Zauważyłam uprzejmie
powracając do dokładnego studiowania każdego centymetra ,,dziennika”, bo jak
inaczej można by nazwać ową książkę… Szczególnie zwróciła moją uwagę jedna ze
stron, która była grubsza, niż pozostałe. Wzięłam cieniutką deseczkę, prawie, że
grubości linijki, która leżała gdzieś w kącie, i rozdwoiłam róg papieru.
Rozłożyła się na dwie dodatkowe kartki na których było napisanie tylko jedno,
znajome zdanie.
No to mamy kolejny rozdział (mimo, że komentarzy było tylko 4 w tym 3 od znajomych) , ze specjalnym dedykiem dla moich Paróffek z konfy :) Chciałabym też zaznaczyć, że następny rozdział powinien się pojawić w niedzielę, a jeszcze następny... MOŻE w środę, wątpliwości mam z tego powodu, że w sobotę znów wyjeżdżam, a oprócz bloga, jakieś następne dwa tygodnie robię coś... :) nie zdradzę wam co, ale coś fajnego :) Jedyną podpowiedzią są fimiki, które Rembol
zamieścił na swoim instagramie :*
niedziela, 17 maja 2015
Rozdział 5
,, Koło zabitych, na podłodze leżeli ranni obrońcy. Wśród nich znaleźli
się Rafał i Filip-opatrywała ich właśnie nieznajoma dziewczyna, klęcząc w
kałuży krwi. Inne kobiety rwały koszule i prześcieradła znalezione na
plebanii połączonej ze świątynią. Niemcy strzelali coraz mniej, a po
kilku godzinach nastała cisza."
W ciemności było widać tylko żarzące się
delikatnie belki stodoły i dopalające się gdzieniegdzie kupki słomy. Po
godzinnym oczekiwaniu spuściliśmy na próbę, przez okno, mały materacyk, który
niewiadomo skąd się wziął w zakrystii. Nikt nie zareagował, więc po linach
zeszły cztery kobiety- ochotniczki, przeszły wkoło kościoła i zapewniły, że
teren jest czysty. Ci, którzy wcześniej ukrywali się na strychu, nie
zareagowali na prośby, aby pomóc rannym. Uciekli, czym prędzej i zniknęli w
ciemnościach. Jakoś udało się przetransportować wszystkich na zewnątrz,
większość uciekła, my odeszliśmy trochę dalej i resztę nocy spędziliśmy w
lasku.
Rano obudziło mnie zimno i wilgoć. Pod
drzewem drzemał Filip, dalej Staś, ale Rafała nigdzie nie było widać.
Przeciągnąłem się i wstałem z zamiarem rozejrzenia się po terenie, ale
zrezygnowałem widząc ognisko i namioty rozstawione kilkadziesiąt metrów dalej.
Szybko obudziłem chłopaków, wskazałem obozowisko i już, już chcieliśmy się
wynieść, ale przypomniałem sobie o Rafale. Nie mogliśmy go zostawić, nie
wiadomo gdzie był. Po chwili… Ehh… Nie chcę o tym mówić… Może kiedyś…
Popatrzyłam na
chłopaka szeroko otwartymi oczami.
-Chyba masz
rację…- powiedziałam cicho, zauważając moją pozycję. Skuliłam się do granic
możliwości i wcisnęłam w ścianę, jakby miała mnie przed czymś obronić. Wstałam
i przeciągnęłam się porządnie, wyglądając przez okno. Świeciło słońce, latały ptaki… Jeszcze przed
chwilą, miałam wrażenie, że na dworze szaleje burza, wiatr zrywa gałęzie z
drzew, a ulewa przesłania cały obraz tej ,,apokalipsy”. Opowiadanie historii
tak na mnie działa, wyobrażam sobie rzeczy, które mi się z nimi kojarzą, mimo
że nie ma bezpośredniej wzmianki np. o pogodzie.
-Nie bez powodu
tutaj jestem…
Odwróciłam się
gwałtownie i spojrzałam na chłopaka. Przyglądał mi się ze zmrużonymi oczami, po
chwili opadł na podłogę, podszedł do ściany i oparł się o nią rękami. Nie wiem
jak, bo samo istnienie ducha, przeczy wszelkim prawom fizyki, ale… Nie wnikam.
Przez chwilę rozważałam w myślach to, co powiedział i stwierdziłam, że po
prostu go nie rozumiem.
-Powtórzę po raz
kolejny: co masz na myśli?
Nie odrywając
wzroku od ściany odparł:
- W tym czasie…
kiedy mnie… nie było… jakbym wisiał w ciemnej przestrzeni… i był też głos…
mówił coś jakby…
Zamilkł.
Chciałam się odezwać, ale odwrócił się gwałtownie. Jego oczy i ręce płonęły
zielonym ogniem, wystrzelił w górę, aż pod sam dach. Trwał tak przez chwilę,
wskazując ręką na jedną ze skrzyń pod ścianą i otworzył usta. Wydobył się z
nich dym, natychmiastowo zapełniający całe pomieszczenie. Jego głos był
zachrypnięty, jakby ktoś trzymał go za gardło.
Gdy widmo wojny nad kraj
twój nadciągnie
Martwi wojownicy powrócą
pod żywych chorągwie
Pokonać wroga będzie im
dane
Na świecie wieczny pokój
nastanie
Jednak wcześniej, krwi
popłynie rzeka
Idź, więc i walcz, twa
ojczyzna czeka
Byłam
przerażona, kurczowo trzymałam się belki, aby nie przewrócił mnie wiatr, który
nagle się zerwał. Dym się rozwiał, płomienie zgasły, a Maciej powoli opadł na
dół i jakby bezwładnie, zawisł w powietrzu. Przez jego ciało przebiegły silne
dreszcze i dopiero po dłuższej chwili powoli podniósł głowę.
-Co
się stało?- Zapytał z trudem. Nie mogłam wydusić z siebie słowa, nadal byłam w
szoku. Zdałam sobie sprawę z tego, że nadal trzymam się drewnianych części
poddasza.
-Nic
nie pamiętasz?- Upewniłam się ostrożnie. Pokręcił głową i powoli stanął na
nogach. Odkleiłam się od ściany i podeszłam do skrzyni, którą wcześniej
wskazywał. Zmarszczył brwi podążając za mną wzrokiem. Odrzuciłam drewniane
wieko i oświetliłam wnętrze światłem z latarki. Szkatuła była prawie pusta,
tylko na dnie leżała gruba książka, poplamiona, osmalona, ale cała. Delikatnie
ją wyciągnęłam i położyłam na podłodze obok. Przez ramię spojrzałam na
chłopaka. Podszedł do mnie i zapytał:
-Skąd
wiedziałaś?
Powtórzyłam
jak najwierniej to, co powiedział i opisałam, co się stało. Pokiwał głową
-Tak,
to właśnie to słyszałem w ciemności… Powtarzało się bez końca… A tak w ogóle…
Jak ty masz na imię? Nie powiedziałaś mi…
Skrzywiłam
się lekko
-Zuza.
Ale mów na mnie Pati. Albo jakkolwiek chcesz, byle nie po imieniu.
Na
jego twarzy wykwitł cwaniacki uśmieszek
-Będziesz…
Parufka. Nie parówka, tylko parufka.
-Skąd
ci się to wzięło?
Wzruszył
ramionami:
-Jakoś
tak… Przyzwyczajenie- Uśmiechnął się-Ale co zrobimy z tą kupką kartek?
Usiadłam
na ziemi i wzięłam książkę do ręki. Maciej uklęknął obok, popatrzyłam na niego
i skinęłam głową. Wzięłam głęboki oddech i odchyliłam okładkę.
No i mamy rozdział 5, JEJ! W końcu udało mi się go napisać, dużo mi to zajęło ale jest :) A następny, wrzucę dopiero jak będzie co najmniej 5 komentarzy :) I to od różnych osób XD Taki mały szantażyk...
wtorek, 12 maja 2015
Międzyczasy #1
Przepraszam, że rozdziały się nie pojawiają, po prostu, najzwyczajniej w świecie, nie mam na czym ich napisać :') Mama pozwala mi brać komputer wieczorami w piątki i soboty, a ostatnio ciągle gdzieś jeździmy więc... Ale to już się skończyło i w niedziele prawdopodobnie wrzucę dalszy ciąg opowiadania ;) Mam nadzieję, że ktoś na nie czeka, jeśli tak, daj o tym znać w komentarzu ;)
niedziela, 26 kwietnia 2015
Rozdział 4
,,Wyrwałem się człowiekowi, który mnie trzymał i podbiegłem do brata. Całe szczęście, że ktoś rozwiązał mi ręce i mogłem się do niego przytulić po raz ostatni. On, już tego nie wiedział. Jego oczy zastygnięte w wyrazie przerażenia, zostały szeroko otwarte, a serce zatrzymało się już na zawsze. To był ostatni raz, kiedy go widziałem , bo później, wszystko przysłoniła mi kurtyna łez. Wtedy, poprzysiągłem sobie, że się zemszczę. Zemszczę się, za ból, ból mój i setek innych osób, które straciły swoich bliskich."
Jeszcze tego samego dnia odwieźli mnie do domu i puścili wolno. Na spotkanie wybiegła mi zapłakana matka, cieszyła się, że już jestem i mówiła: ,, Teraz, tylko na Bartka czekać, ino wróci do domu i uciekamy stąd jak najszybciej". Popatrzyłem na nią i uświadomiłem sobie, że ona nie wie. Przytuliłem ją i ze ściśniętym gardłem powiedziałem: ,,Mamo… On nie wróci" Zesztywniała, zdążyła tylko jęknąć: ,,O Boże" i upadłaby, gdybym jej nie podtrzymał. Połowa jej świata, właśnie się zawaliła, wraz ze śmiercią jednego z dwóch synów. Zamierzałem jej to wynagrodzić. Ostrożnie wprowadziłem ją do domu, po czym sam opadłem na łóżko i starałem się uspokoić. Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem. Kiedy się obudziłem, usłyszałem nieznajomy głos rozmawiający z moimi rodzicami. Z trudem wstałem, zajrzałem do pokoju obok i zobaczyłem niemieckiego policjanta. Sprawiał jednak wrażenie, że przyszedł z prywatną wizytą i nie miał zamiaru brać się za politykę. Wróciłem do łóżka i znów odpłynąłem. Obudziła mnie mama, każąc szybko uciekać. Powiedziała, że niepokoi ją obecność wroga w naszym domu, mimo, że ów ,,wróg" grał właśnie w karty z głową naszej rodziny. Bała się, że utraci drugiego syna, a ja, aby ją uspokoić, wyszedłem z domu i skierowałem się w stronę sąsiedniej wioski. Spędziłem kilka godzin u mojego stryja Antoniego, aż przyszła jego sąsiadka i powiedziała, że w mojej wsi jest dużo policji z okolicznych posterunków, oraz żołnierzy. Robili rewizję w domach i aresztowali wszystkich. Gnany niepokojem o rodziców, szybko wróciłem do domu. Było pusto. Szybko przebiegłem całą wieś, wzdłuż i wszerz, ale nikogo nie znalazłem. Drogę znaczyły koleiny wozów, strzępki odzieży, pióra i cała masa drobnych rzeczy. Wśród nich zauważyłem srebrny krzyżyk, z którym moja matka się nigdy nie rozstawała. Patrząc w kierunku, w którym odjechali Niemcy, pomyślałem o przysiędze złożonej po śmierci mojego brata. Od tamtego czasu, byłem całkowicie gotów zabijać z zimną krwią, dla zemsty i znieczulenia, by nie czuć tej okropnej pustki w sercu. Po kilku dniach ukrywania się w lesie postanowiłem zaciągnąć się do Armii Krajowej. Przewędrowałem ki dobre dziesięć kilometrów na północ i dotarłem do celu-dużej wioski zwanej Pulemiec. Wiadome mi było, że właśnie tam stacjonuje mężczyzna, dokonujący poboru do ruchu konspiracyjnego. Przedarłszy się przez sieć pseudonimów, udało mi się z nim porozumieć. Podał mi miejsce, czas i hasło, miałem się spotkać z grupą patrolującą teren, zostać przez nich uzbrojony i szybko przeszkolony do służby w wojsku. Dostałem trochę prowiantu do kieszeni i wyruszyłem w drogę. Maszerowałem nocami, a gdy nastawał świt, szukałem kryjówki w gęstych krzakach, do splądrowanych wiosek, nawet się nie próbowałem się zbliżać. Cztery dni później dotarłem do celu. I dobrze, bo miałem bardzo mało jedzenia, o wodzie już nie wspominając. O wyznaczonej godzinie, jak gdyby nigdy nic, spacerowałem po głównym rynku małego miasteczka. Po chwili zauważyłem siedzącego na ławeczce człowieka z białą chusteczką wystającą z kieszonki na piersi-znakiem rozpoznawczym. Dosiadłem się do niego i niby od niechcenia, rzuciłem hasło: ,,Piękny dzień mamy dzisiaj, nieprawdaż?". Przyjrzał mi się uważnie i odpowiedział: ,,Zaiste, widać, niedługo bociany przylecą". Po krótkiej rozmowie zabrał mnie do kwatery mieszczącej się w małej kamieniczce na przedmieściach. Było tam już kilku innych chłopaków- w moim wieku i starszych.
Dobry tydzień później otrzymaliśmy pierwsze zadanie-mieliśmy przetransportować kilkadziesiąt wydań prasy konspiracyjnej do odległej o 10 kilometrów wioski. Sama podróż minęła bez większych przygód, nikt się nami nie zainteresował. Już na miejscu, czekaliśmy pod kościołem na pana Pawła, który miał odebrać towar i przesłać dalsze zamówienie. Po jakimś czasie przyszedł, zabrał, zapłacił, przekazał i poszedł. Mieliśmy już wracać, ale z racji tego, że ludzie zaczęli się schodzić na mszę, postanowiliśmy również iść i modlić się o życie. Nie było nam to jednak dane, bo gdy po nabożeństwie ludzie zaczęli wychodzić, ujrzeli wymierzone w siebie karabiny. Ci, którzy nie cofnęli się do środka, zostali rozstrzelani na miejscu. Razem z chłopakiem z ekipy- Filipem-zaryglowaliśmy drzwi i zastawiliśmy je ciężką, drewnianą ławą. Wszyscy w popłochu przeszli do zakrystii, a kilka osób schroniło się na strychu. Przez okna usłyszeliśmy wołania żołnierzy:
-Wychodźcie po czterech!
Ludzie w kościele podzielili się na dwie grupy. Jedni mówili, że na pewno kogoś szukają i nie trzeba było zamykać drzwi, a inni twierdzili, że i tak wszystkich wymordują, bo po to tutaj przyszli. Osób naiwnych było więcej, więc kilka z nich poszło otworzyć drzwi. Oni wierzyli, że Niemcy nie będą zabijać w kościele. Można powiedzieć, że mieli rację, bo żołnierze wyprowadzili ich na zewnątrz i rozstrzelali pod murem. Wszystko to, było doskonale widoczne z okien zakrystii. Szybko zamknęliśmy wejście, aby nikt więcej nie wszedł do środka. Ktoś krzyknął, że trzeba się bronić, bo nas pozarzynają jak świnie. To poskutkowało na wszystkich, zaczęliśmy szukać broni. Znaleźliśmy kilka siekier. Tylko tyle mieliśmy, przeciwko doskonale uzbrojonej i wyszkolonej armii nieprzyjaciela. Głuche uderzenia w drzwi z zewnętrznej strony, okazały się skuteczne. W powstałym otworze ukazała się lufa karabinu, zaczęli strzelać. Ktoś mocno uderzył w nią siekierą, co tylko rozwścieczyło atakujących, ale pistolet zniknął z naszego pola widzenia i czucia. Po przeciwnej stronie unosiła się chmura pyłu i tynku z poszatkowanej ściany. Nie na długo zapanował spokój-przez dziurę wpadł świszczący granat. Ksiądz szybko go złapał i w ostatniej chwili wyrzucił go na zewnątrz. Od siły wybuchu aż zatrzęsła się posadzka, a zza ścian, słychać było krzyki i jęki rannych. Wzrokiem poszukałem chłopaków z którymi tu przyjechałem- zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić. Stasiek, Jaś, Rafał, Filip, Florian, wszyscy czatowali w oknach, rzucając cegłami w Niemców, którzy wspinali się po drabinach. Nieco prymitywne, ale jednak skuteczne. Poczułem dym, jego smugi wydobywały się ze szczeliny pod drzwiami. Szybko przelałem wodę ze wszystkich wazonów do jednego wiadra. Rafał zszedł na dół i na kilka sekund uchylił jedno skrzydło, a ja zalałem ognisko. Zasyczało, buchnęła para, ale płomień zgasł. Po jakimś czasie, Niemcy zajęli dach stodoły sąsiadującej z kościołem i zaczęli ostrzeliwać okna. Po pierwszych wystrzałach, z wysokiego parapetu spadł Florian. Podbiegła do niego młoda dziewczyna z zamiarem opatrzenia rany, ale było już za późno. Reszta chłopaków szybko zeszła, wyrzucali granaty, których wpadało coraz więcej. Na moich oczach, siła wybuchu uniosła Jasia dobre kilka metrów nad ziemię, zabijając też kilku mężczyzn stojących w pobliżu. Zaczynało brakować obrońców. Zrobiło się późno, ciemno. Niemcy podpalili stodołę z nadzieją, że kościół zajmie się ogniem. Tak się nie stało, ale dachówki mocno się rozgrzały, przez co ze strychu zeszli ludzie, którzy bali się zbyt bardzo, aby brać udział w obronie. Przez pożar, żołnierze stracili możliwość atakowania okien, więc wycofali się i strzelali z większej odległości. Gdy ogień stodoły oświetlił wnętrze kościoła, zobaczyliśmy przerażając pełnię zniszczeń i śmierci. Koło zabitych, na podłodze leżeli ranni obrońcy. Wśród nich znaleźli się Rafał i Filip-opatrywała ich właśnie nieznajoma dziewczyna, klęcząc w kałuży krwi. Inne kobiety rwały koszule i prześcieradła znalezione na plebanii połączonej ze świątynią. Niemcy strzelali coraz mniej, a po kilku godzinach nastała cisza.
Na koniec, chcę tylko dodać, że wydarzenia z tego rozdziału, nie są moją fikcją literacką. To (mniej więcej) autentyczna historia mojego dziadka, weterana wojennego. Oczywiście,opowieść Maćka, nie jest całym moim opowiadaniem, niedługo się skończy ;) Nie miejcie mi załe, że jest tak ogólnikowo napisana, bo gdybym miała pisać ją w pełni ,,blasku" zajęłaby 5 razy więcej, niż powinna :D
Jeszcze tego samego dnia odwieźli mnie do domu i puścili wolno. Na spotkanie wybiegła mi zapłakana matka, cieszyła się, że już jestem i mówiła: ,, Teraz, tylko na Bartka czekać, ino wróci do domu i uciekamy stąd jak najszybciej". Popatrzyłem na nią i uświadomiłem sobie, że ona nie wie. Przytuliłem ją i ze ściśniętym gardłem powiedziałem: ,,Mamo… On nie wróci" Zesztywniała, zdążyła tylko jęknąć: ,,O Boże" i upadłaby, gdybym jej nie podtrzymał. Połowa jej świata, właśnie się zawaliła, wraz ze śmiercią jednego z dwóch synów. Zamierzałem jej to wynagrodzić. Ostrożnie wprowadziłem ją do domu, po czym sam opadłem na łóżko i starałem się uspokoić. Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem. Kiedy się obudziłem, usłyszałem nieznajomy głos rozmawiający z moimi rodzicami. Z trudem wstałem, zajrzałem do pokoju obok i zobaczyłem niemieckiego policjanta. Sprawiał jednak wrażenie, że przyszedł z prywatną wizytą i nie miał zamiaru brać się za politykę. Wróciłem do łóżka i znów odpłynąłem. Obudziła mnie mama, każąc szybko uciekać. Powiedziała, że niepokoi ją obecność wroga w naszym domu, mimo, że ów ,,wróg" grał właśnie w karty z głową naszej rodziny. Bała się, że utraci drugiego syna, a ja, aby ją uspokoić, wyszedłem z domu i skierowałem się w stronę sąsiedniej wioski. Spędziłem kilka godzin u mojego stryja Antoniego, aż przyszła jego sąsiadka i powiedziała, że w mojej wsi jest dużo policji z okolicznych posterunków, oraz żołnierzy. Robili rewizję w domach i aresztowali wszystkich. Gnany niepokojem o rodziców, szybko wróciłem do domu. Było pusto. Szybko przebiegłem całą wieś, wzdłuż i wszerz, ale nikogo nie znalazłem. Drogę znaczyły koleiny wozów, strzępki odzieży, pióra i cała masa drobnych rzeczy. Wśród nich zauważyłem srebrny krzyżyk, z którym moja matka się nigdy nie rozstawała. Patrząc w kierunku, w którym odjechali Niemcy, pomyślałem o przysiędze złożonej po śmierci mojego brata. Od tamtego czasu, byłem całkowicie gotów zabijać z zimną krwią, dla zemsty i znieczulenia, by nie czuć tej okropnej pustki w sercu. Po kilku dniach ukrywania się w lesie postanowiłem zaciągnąć się do Armii Krajowej. Przewędrowałem ki dobre dziesięć kilometrów na północ i dotarłem do celu-dużej wioski zwanej Pulemiec. Wiadome mi było, że właśnie tam stacjonuje mężczyzna, dokonujący poboru do ruchu konspiracyjnego. Przedarłszy się przez sieć pseudonimów, udało mi się z nim porozumieć. Podał mi miejsce, czas i hasło, miałem się spotkać z grupą patrolującą teren, zostać przez nich uzbrojony i szybko przeszkolony do służby w wojsku. Dostałem trochę prowiantu do kieszeni i wyruszyłem w drogę. Maszerowałem nocami, a gdy nastawał świt, szukałem kryjówki w gęstych krzakach, do splądrowanych wiosek, nawet się nie próbowałem się zbliżać. Cztery dni później dotarłem do celu. I dobrze, bo miałem bardzo mało jedzenia, o wodzie już nie wspominając. O wyznaczonej godzinie, jak gdyby nigdy nic, spacerowałem po głównym rynku małego miasteczka. Po chwili zauważyłem siedzącego na ławeczce człowieka z białą chusteczką wystającą z kieszonki na piersi-znakiem rozpoznawczym. Dosiadłem się do niego i niby od niechcenia, rzuciłem hasło: ,,Piękny dzień mamy dzisiaj, nieprawdaż?". Przyjrzał mi się uważnie i odpowiedział: ,,Zaiste, widać, niedługo bociany przylecą". Po krótkiej rozmowie zabrał mnie do kwatery mieszczącej się w małej kamieniczce na przedmieściach. Było tam już kilku innych chłopaków- w moim wieku i starszych.
Dobry tydzień później otrzymaliśmy pierwsze zadanie-mieliśmy przetransportować kilkadziesiąt wydań prasy konspiracyjnej do odległej o 10 kilometrów wioski. Sama podróż minęła bez większych przygód, nikt się nami nie zainteresował. Już na miejscu, czekaliśmy pod kościołem na pana Pawła, który miał odebrać towar i przesłać dalsze zamówienie. Po jakimś czasie przyszedł, zabrał, zapłacił, przekazał i poszedł. Mieliśmy już wracać, ale z racji tego, że ludzie zaczęli się schodzić na mszę, postanowiliśmy również iść i modlić się o życie. Nie było nam to jednak dane, bo gdy po nabożeństwie ludzie zaczęli wychodzić, ujrzeli wymierzone w siebie karabiny. Ci, którzy nie cofnęli się do środka, zostali rozstrzelani na miejscu. Razem z chłopakiem z ekipy- Filipem-zaryglowaliśmy drzwi i zastawiliśmy je ciężką, drewnianą ławą. Wszyscy w popłochu przeszli do zakrystii, a kilka osób schroniło się na strychu. Przez okna usłyszeliśmy wołania żołnierzy:
-Wychodźcie po czterech!
Ludzie w kościele podzielili się na dwie grupy. Jedni mówili, że na pewno kogoś szukają i nie trzeba było zamykać drzwi, a inni twierdzili, że i tak wszystkich wymordują, bo po to tutaj przyszli. Osób naiwnych było więcej, więc kilka z nich poszło otworzyć drzwi. Oni wierzyli, że Niemcy nie będą zabijać w kościele. Można powiedzieć, że mieli rację, bo żołnierze wyprowadzili ich na zewnątrz i rozstrzelali pod murem. Wszystko to, było doskonale widoczne z okien zakrystii. Szybko zamknęliśmy wejście, aby nikt więcej nie wszedł do środka. Ktoś krzyknął, że trzeba się bronić, bo nas pozarzynają jak świnie. To poskutkowało na wszystkich, zaczęliśmy szukać broni. Znaleźliśmy kilka siekier. Tylko tyle mieliśmy, przeciwko doskonale uzbrojonej i wyszkolonej armii nieprzyjaciela. Głuche uderzenia w drzwi z zewnętrznej strony, okazały się skuteczne. W powstałym otworze ukazała się lufa karabinu, zaczęli strzelać. Ktoś mocno uderzył w nią siekierą, co tylko rozwścieczyło atakujących, ale pistolet zniknął z naszego pola widzenia i czucia. Po przeciwnej stronie unosiła się chmura pyłu i tynku z poszatkowanej ściany. Nie na długo zapanował spokój-przez dziurę wpadł świszczący granat. Ksiądz szybko go złapał i w ostatniej chwili wyrzucił go na zewnątrz. Od siły wybuchu aż zatrzęsła się posadzka, a zza ścian, słychać było krzyki i jęki rannych. Wzrokiem poszukałem chłopaków z którymi tu przyjechałem- zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić. Stasiek, Jaś, Rafał, Filip, Florian, wszyscy czatowali w oknach, rzucając cegłami w Niemców, którzy wspinali się po drabinach. Nieco prymitywne, ale jednak skuteczne. Poczułem dym, jego smugi wydobywały się ze szczeliny pod drzwiami. Szybko przelałem wodę ze wszystkich wazonów do jednego wiadra. Rafał zszedł na dół i na kilka sekund uchylił jedno skrzydło, a ja zalałem ognisko. Zasyczało, buchnęła para, ale płomień zgasł. Po jakimś czasie, Niemcy zajęli dach stodoły sąsiadującej z kościołem i zaczęli ostrzeliwać okna. Po pierwszych wystrzałach, z wysokiego parapetu spadł Florian. Podbiegła do niego młoda dziewczyna z zamiarem opatrzenia rany, ale było już za późno. Reszta chłopaków szybko zeszła, wyrzucali granaty, których wpadało coraz więcej. Na moich oczach, siła wybuchu uniosła Jasia dobre kilka metrów nad ziemię, zabijając też kilku mężczyzn stojących w pobliżu. Zaczynało brakować obrońców. Zrobiło się późno, ciemno. Niemcy podpalili stodołę z nadzieją, że kościół zajmie się ogniem. Tak się nie stało, ale dachówki mocno się rozgrzały, przez co ze strychu zeszli ludzie, którzy bali się zbyt bardzo, aby brać udział w obronie. Przez pożar, żołnierze stracili możliwość atakowania okien, więc wycofali się i strzelali z większej odległości. Gdy ogień stodoły oświetlił wnętrze kościoła, zobaczyliśmy przerażając pełnię zniszczeń i śmierci. Koło zabitych, na podłodze leżeli ranni obrońcy. Wśród nich znaleźli się Rafał i Filip-opatrywała ich właśnie nieznajoma dziewczyna, klęcząc w kałuży krwi. Inne kobiety rwały koszule i prześcieradła znalezione na plebanii połączonej ze świątynią. Niemcy strzelali coraz mniej, a po kilku godzinach nastała cisza.
Na koniec, chcę tylko dodać, że wydarzenia z tego rozdziału, nie są moją fikcją literacką. To (mniej więcej) autentyczna historia mojego dziadka, weterana wojennego. Oczywiście,opowieść Maćka, nie jest całym moim opowiadaniem, niedługo się skończy ;) Nie miejcie mi załe, że jest tak ogólnikowo napisana, bo gdybym miała pisać ją w pełni ,,blasku" zajęłaby 5 razy więcej, niż powinna :D
środa, 22 kwietnia 2015
Rozdział 3
,,Z napiętymi nerwami weszłam do kuchni w której siedzieli
moi rodzice. Podeszłam do blatu z zamiarem nalania sobie wody do szklanki, gdy
nagle moja mama wstała z otwartymi szeroko oczyma i przerażeniem na twarzy.
-Nie ruszaj się…
Powiedziała powoli biorąc gazetę w rękę i nie spuszczając
wzroku z okolic ściany metr ode mnie."
Powoli
odwróciłam głowę w prawo i o mało co, nie dostałam zawału. Na wyciągnięcie
ręki, na ścianie, siedział ogromny, owłosiony pająk. Odskoczyłam z wrzaskiem
głośniejszym, niż wcześniej, na strychu. Po nagłym ataku ze strony mamy,
została z niego mokra plama na ścianie i resztki na gazecie. Z obrzydzeniem
odsunęłam się poza jej zasięg i poszukałam wzrokiem Macieja. Stał na środku
kuchni z rozbawieniem na twarzy i przyglądał się całej akcji. Miałam ochotę go
ofuknąć, ale wywnioskowałam, że skoro inni go nie widzą, będę dziwnie wyglądać
krzycząc na powietrze. Kątem oka, zauważyłam, jak tata podąża za moim wzrokiem
i unosi brwi. Najwyraźniej, mimo mojego pohamowania przed ochrzanem,
zachowywałam się nienaturalnie, więc czym prędzej postanowiłam się
ulotnić.
Wróciłam
na strych i zaczęłam z namaszczeniem układać w skrzyni, uprzednio wyciągnięte z
niej papiery.
-No, to już wiesz, że jesteś na mnie skazana- Usłyszałam
głos chłopaka, bezskutecznie usiłującego wziąć w rękę jedną z kartek.
Odwróciłam się powoli i zabrałam mu ją z przed nosa.
-Co masz na myśli?- Zapytałam, przymykając wieko skrzyni i
próbując nie udusić się wszechobecnym kurzem.
-No… Raczej tutaj sobie zostanę… Bo gdzie mam iść? Jeśli
nikt mnie nie widzi, to życie nie będzie miało najmniejszego sensu…- Zamyślił
się, posyłając mi smutne spojrzenie.
-Eeee, tak szczerze, to mówiąc: ,,życie”… Dobra, dajmy sobie
spokój z łapaniem za słówka. Czy ja dobrze zrozumiałam, że chcesz mieszkać w
tym domu?
Wzruszył ramionami:
- To jakiś problem?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie miałam pojęcia, jak to
jest mieć ducha pod swoim dachem, a co dopiero go widzieć, i rozmawiać z nim,
i…
-Może ogarnijmy wszystko od początku, co?- Zaproponowałam, w
wygodny sposób opierając się o ścianę.- Wtedy będzie łatwiej cokolwiek
wymyślić, a może i coś ciekawego wywnioskujemy…
Maciek pokiwał głową i chciał usiąść na podłodze, jednak kiedy to zrobił, uniósł się dobre pół metra nad ziemię, machając rękami jak kukła, której poplątały się sznurki. Po chwili uzyskał równowagę, ale ze zrezygnowanym westchnięciem przybrał coś w rodzaju pozycji leżącej.
Maciek pokiwał głową i chciał usiąść na podłodze, jednak kiedy to zrobił, uniósł się dobre pół metra nad ziemię, machając rękami jak kukła, której poplątały się sznurki. Po chwili uzyskał równowagę, ale ze zrezygnowanym westchnięciem przybrał coś w rodzaju pozycji leżącej.
-Co chcesz wiedzieć?- Mruknął patrząc w sufit.
-Najlepiej zacznij od początku- Ponagliłam go czekając ze
zniecierpliwieniem na opowieść. Chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się
lekko.
-Ale obiecaj, że nie będziesz mi przerywać- zachichotał.
-Dobra, obiecuję,ale zaczynaj, zaraz tutaj pęknę z ciekawości!
-Cóż, ty nie możesz się doczekać, a ja, najchętniej bym o
tym wszystkim zapomniał… Ale, zapowiada się na to, że będzie mnie to
prześladować przez wieki… Nigdy nie zapomnę dnia, w którym po raz pierwszy
usłyszałem o nadciągającej wojnie. Dla mnie, moich rodziców i młodszego brata,
jej początkiem, była grupka żołnierzy za którymi podążało kilka wozów
załadowanych przeróżnymi sprzętami. Zauważyłem ich podczas rąbania drewna na
opał, rzuciłem wszystko i pobiegłem zawiadomić rodziców. Ojciec kazał nam natychmiast uciekać do lasu, a sam zabrał
jeszcze z kuchni bochenek chleba i trochę wody. Po kilku chwilach bezpiecznie
ukryci oczekiwaliśmy na rozwój wypadków. Nie było sensu brnąć dalej w las, bo
dobiegały z niego krzyki i odgłosy strzałów. Zobaczyłem, jak przez nasze
podwórko biegnie nasza sąsiadka, Eliza. Oglądając się za siebie, nie zauważyła
sieci rozłożonych do wyschnięcia. Padła jak długa, a ja, nie wiem dlaczego,
wyskoczyłem z kryjówki i zacząłem ją wyplątywać z tego kłębowiska sznurków. Po
paru sekundach była wolna i oboje ruszyliśmy w stronę lasku. Od linii drzew
dzieliło mnie kilka metrów, gdy nagle jakiś duży pies na mnie skoczył i… Tym
razem to ja byłem na ziemi, ale na ucieczkę było już za późno. Mocne
szarpnięcie postawiło mnie na nogi, stałem twarzą w twarz z niemieckim
kapitanem. Zapytał ile mam lat i gdzie jest mój ojciec. Odpowiedziałem: ,,17,
nie wiem gdzie jest”. Założyli mi dwa worki na głowę i przystawiając karabin do
głowy, kilka razy strzelili z innego, na postrach. Dostałem z czegoś twardego i
nic dalej nie pamiętam.
Po jakimś czasie obudziłem się w zimnej celi, ze szczurami i okropnym
samopoczuciem. Przesiedziałem tak dobre kilka godzin, użalając się nad sobą w
duchu, myśląc o rodzinie i o sobie. Dlaczego zawsze muszę się tak wyróżniać?
Tata mówił, że kiedyś wpędzi mnie to w kłopoty, ale żeby aż takie? Po jakimś
czasie przyszło dwóch żołnierzy z karabinami. Jeden z nich związał mi ręce za
plecami i zaprowadził na mały placyk. Zorientowałem się, że to boisko szkolne w
sąsiedniej wsi, a mury wkoło, to po prostu domy bez okien wychodzących na tę
stronę. Stało tam kilku innych ludzi w mundurach, w tym, znajomy mi już
kapitan, który napadł na moją wioskę. Kiedy mnie zobaczył, ja jego twarz
wpłynął fałszywy, przymilny uśmiech, a ręka powędrowała w okolice pasa z
pistoletem.
-Proszę, proszę, kogo my tu mamy… - Odezwał się, jak gdybym
był jego dawno niewidzianym synem. Jak na komendę, jeden z ludzi stanął za mną
i położył mi ręce na ramionach. Gdzieś
po prawej powstało małe zamieszanie i przez małą bramę weszła inna grupka. Po
przyjrzeniu się jej dokładniej, zrozumiałem, czemu ów żołnierz mnie trzyma.
Prowadzili między sobą mojego dwunastoletniego, związanego brata. Kapitan
złapał go za włosy, a drugą ręką, wyćwiczonym ruchem wyciągnął pistolet i przyłożył mu go do skroni. Powiedział, że
mam patrzeć, aby później zanieść wiadomości do swoich. Jednocześnie, z tyłu
usłyszałem wypowiedziane groźnym szeptem słowa: ,,Nie zamykaj oczu” i poczułem
lufę karabinu na plecach. Kilka sekund później ciszę rozerwał huk wystrzału i
odgłos ciała padającego na ziemię. To była jedna z najgorszych chwil w moim
życiu. Wyrwałem się człowiekowi, który mnie trzymał i podbiegłem do brata. Całe
szczęście, że ktoś rozwiązał mi ręce i mogłem się do niego przytulić po raz
ostatni. On, już tego nie wiedział. Jego
oczy zastygnięte w wyrazie przerażenia, zostały szeroko otwarte, a serce
zatrzymało się już na zawsze. To był ostatni raz, kiedy go widziałem , bo
później, wszystko przysłoniła mi kurtyna łez. Wtedy, poprzysiągłem sobie, że
się zemszczę. Zemszczę się, za ból, ból mój i setek innych osób, które straciły
swoich bliskich.
Jeśli Ci się spodobało i masz zamiar wracać tutaj częściej, daj o tym znać w komentarzu :3
Subskrybuj:
Posty (Atom)